X
X
Menu główne
Menu kategorii
facebook

Aga Łapacz: "Głowa za dzieciaka już została zaprogramowana na tryb sportowca"

05 lp. 2021

Aga Łapacz o karierze koszykarskiej, startach w bikini fitness, różnicach między jednym a drugim sportem oraz planach na najbliższą, sportową przyszłość.

  1. Aga jesteś byłą zawodniczką koszykówki, trenerką i fanką legendarnej drużyny Chicago Bulls. Obecnie zaś pracujesz jako dziennikarka i komentatorka meczów koszykarskich. Skąd tak duże zainteresowanie sportem?

Aga Łapacz: W zasadzie od dziecka byłam związana ze sportem. Zaczęło się od biegania w 2 klasie podstawówki, potem klasy sportowe o profilu koszykarskim i można powiedzieć, że tam się wszystko zaczęło. Choć, co ciekawe zdecydowanie większy talent miałam do siatkówki i tata do dziś nie może przeżyć, że nie zdecydowałam się na ten właśnie sport. Ale to chyba dlatego właśnie, że do koszykówki talentu nie miałam, uznałam, że to wyzwanie jest dla mnie ciekawsze. Trenowałam z chłopakami, bo damskiego klubu w Pile nie było i tak po kilku latach ciężkiej pracy z zawodniczki, która nie łapała się do składu zaczęłam zdobywać tytuły mvp w każdym kolejnym turnieju. No i tak już zostało. Głowa za dzieciaka już została zaprogramowana na tryb sportowca i do dziś się tego trzyma. Każda kontuzja i przerwa od sportu to dla mnie bardzo trudny okres, bo już zwyczajnie nie jestem w stanie funkcjonować inaczej. Nie znam innego życia i na ten moment nie chcę znać.

  1. Jak zawodniczka „kosza” zostaje zawodniczką sportów sylwetkowych? Dlaczego akurat siłownia i dźwiganie ciężarów?

Aga Łapacz: A to ciekawa historia, bo przez kontuzje. W wieku 18-tu lat, kiedy zaczynałam na poważnie myśleć o zawodowej koszykówce, trenowałam z ekstraklasowym zespołem energii Toruń i dorosła koszykówka stała przede mną otworem, niestety, trochę ze swojej winy z łapałam kontuzję. Pękła mi łąkotka. Na meczu popchnęła mnie inna zawodniczka i przeprost kolana zakończył się na ostrym dyżurze. Z perspektywy czasu widzę, że trochę sama się o to prosiłam, bo przetrenowywałam się, żeby ciągle być lepsza. Rano na 6:00 na siłownię, robiłam trening siłowy, potem biegałam interwały, żeby kondycyjnie dorównać zawodniczkom ekstraklasowym. Szłam na lekcje, po lekcjach trening z juniorkami, potem z seniorkami. 3 ciężkie treningi codziennie to za dużo dla młodego organizmu, a ja nie potrafiłam sobie czasem odpuścić. Po operacji kolana miałam zakrzepicę, do tego stopnia, że lekarze nie byli pewni, czy uda się uratować sytuację. Przepływ krwi w nodze już był prawie żaden w momencie jak trafiłam do szpitala. W związku z tym, przez prawie rok nie mogłam się nawet rehabilitować. Na tym niestety zakończyła się moja koszykarska kariera, bo nie wróciłam do formy sprzed kontuzji. Później już w Warszawie próbowałam grać w lidze amatorskiej dla „niespełnionych koszykarek i koszykarek na emeryturze” – tak to nazywam i niestety tam już był większy dramat. Dziewczyna z przeciwnego zespołu uderzyła mnie kolanem, kiedy skakałam do piłki. Skręciłam kręgosłup w odcinku lędźwiowym i pękł mi wyrostek poprzeczny. Kilka tygodni leżenia w łóżku a potem kilka miesięcy rehabilitacji. Wtedy lekarz powiedział, że organizm jest już z tak wyeksploatowany, że każda kolejna kontuzja, szczególnie związana z kręgosłupem może skończyć się już tragicznie dla mnie i teraz nawet rekreacyjnie na boisko wybiec nie mogę. Jako, że już w wieku 16 lat kiedy zaczynałam trenować na siłowni – oczywiście wtedy treningi były dostosowane do potrzeb koszykarskich, marzyłam o starcie w bikini fitness ale wiedziałam, że nie da się pogodzić 2 sportów. Po tych kilku miesiącach po skręceniu kręgosłupa i ostatecznym wyroku, że w koszykówkę już nigdy więcej nie zagram, zdecydowałam, że to jest czas na nową sportową przyszłość, bo bez rywalizacji moja psychika szalała. Po konsultacjach z lekarzami i fizjoterapeutami dostałam zielone światło. Wbrew pozorom, ciężary to jedna z nielicznych bezpiecznych dla mnie dyscyplin. Trening może być dostosowany w 100% do możliwości mojego organizmu, nie jest to sport kontaktowy, więc nie ma ryzyka takiego jak w sportach drużynowych. Choć przygotowanie dla mnie treningu nie jest łatwym zadaniem, bo lista kontuzji jest znacznie dłuższa niż te o których wspomniałam i wiele podstawowych ćwiczeń po prostu wyklucza. Ale rywalizacja i udowodnienie sobie, że nie ma takiej rzeczy, która sprawi, ze się poddam daje mi ogromną satysfakcję.

  1. Co jest dla Ciebie najtrudniejszego w przygotowaniach do zawodów?

Aga Łapacz: Przygotowanie do zawodów sprawia mi wielką frajdę i uwielbiam czas redukcji. Najtrudniejsze chyba jest pozowanie i dopięcie wszystkich spraw, przygotowanie ciała, bieganie po kosmetyczkach. To nie jest moja bajka i przyznam, że tę część przygotowań lubię najmniej. No i masa. Okresu masowego nie lubię. Raczej zawsze byłam kluską i do dziś mam kompleks z tym związany, zawsze boję się dodatkowych kilogramów, choć wiem, że to nieodłączny element tego sportu.

Aga Łapacz

  1. Porównując oba sporty – jakie widzisz różnice (poza tymi oczywistymi) w przygotowaniach, codziennym funkcjonowaniu, ilości treningów? Który sport jest bardziej wymagający, wyczerpujący psychicznie?

Aga Łapacz: Przede wszystkim, teraz wszystko jest zależne ode mnie. Nie mam zespołu, gdzie jeśli ja mam gorszy dzień, ktoś może rzucić moje 15 pkt. Nie ma meczów co tydzień, nie ma rytmu meczowego, wyjazdów. Tego mi brakuje. Życia w drużynie. To są bardzo długie przygotowania dla 5 minut show. W koszykówce było zupełnie inaczej, czasem nie było czasu na treningi jak terminarz był napięty i jeździło się z meczu na mecz. Generalnie to zupełnie dwa inne światy, ciężko nawet porównać. Poza tym, nie będę ukrywać, środowisko koszykarskie jest dużo fajniejsze, bardziej prawdziwe i mniej zakłamane. Albo umiesz grać, albo nie. Nikt nie ocenia Twoich umiejętności na podstawie zdjęć z instagrama, a trenerzy nie mogą sędziować meczów swoich zespołów. Psychicznie zdecydowanie bardziej wymagająca jest kulturystyka. Doprowadzanie organizmu na skraj wytrzymałości odbija się na psychice i albo ma się mocną głowę, albo po dwóch porażkach obraża się na ten sport i zajmuje czymś innym.

  1. Jakie masz plany na najbliższą, sportową przyszłość?

Aga Łapacz: Teraz miałam krótką przerwę, sporo spraw się na to złożyło. Ale w planach mam ciężką pracę, poprawienie proporcji sylwetki i wyjście za rok w formie, z której będę dumna.

  1. Jak wyglądały Twoje treningi w pandemii?

Aga Łapacz: Nie zmieniły się. Wszyscy wiemy, jak działały siłownie… ci szczęściarze, którym udało się znaleźć miejsce mogli trenować bez zmian.

  1. Prowadziłaś swojego bloga „Koszykówka Damskim Okiem”. Dlaczego zaniechałaś tej działalności?

Aga Łapacz: Dawne czasy… od zawsze byłam w temacie dziennikarstwa sportowego, jeszcze w szkole się tym interesowałam. Szukałam sobie miejsca w tym świecie jak już trochę podrosłam. Wtedy jeszcze nie znałam się ze środowiskiem dziennikarzy sportowych, więc założyłam własnego bloga. Potem dostałam propozycję dołączenia do redakcji puls basketu i tak też się stało. Po pewnym czasie musiałam zrezygnować z pisania, bo nie dawałam rady. Jechałam na 4 rano do pracy w Polsat News, o 11 kończyłam, z pracy biegłam na trening, jadłam, pakowałam się i jechałam na mecz po 200, 300km. Wracałam o 23 do Warszawy, spałam 3 godziny, czasem na autostradzie… i od nowa. Organizm pociągnął tak rok. Skończyło się to tym, że na moich pierwszych mistrzostwach polski wyszłam w fatalnej formie, bo organizm się zbuntował i w ciągu nocy przed mistrzostwami spuchłam jak bańka. Wtedy zdecydowałam, że skoro organizm daje takie sygnały, to czas zwolnić. Teraz też pracuję na dwa etaty, ale praca jest raczej z Warszawy, komentuję mecze albo z dziupli tu na miejscu, albo z hal w Warszawie i okolicach. Praca w newsach także się zmieniła, już nie wstaję codziennie na 4 rano. Nadal pracuję na dwa fronty i czas na relaks jest tylko wtedy, kiedy wyjeżdżam, z kraju bez laptopa, ale samo zrezygnowanie z wyjazdów na mecze i zajeżdżania się do granic możliwości było dobrym wyborem.

Aga Łapacz

  1. Czy dobrze widziałam, że pozowania uczysz się od dziewczyn z Posing Time? Moim zdaniem (ale także zdaniem wielu innych osób startujących w zawodach) jedną z najcięższych rzeczy podczas przygotowań do zawodów jest właśnie pozowanie. Jak Tobie to „leży”?

A. Ł.: Chyba jak większość zawodniczek myślałam, że będzie to łatwe, miłe i przyjemne. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Niestety przy pozowaniu bardzo odczuwam kontuzje kręgosłupa. W sumie na odcinku lędźwiowym mam 2 przepukliny, pęknięty wyrostek poprzeczny i uszkodzony staw krzyżowo-biodrowy. Przy ciągłym pogłębianiu lordozy przy pozowaniu, następnego dnia nie mogę się ruszać. Codzienne treningi z tego zakresu są dla mnie nieosiągalne niestety. Poza tym, nie jestem lekką księżniczką, tylko raczej chłopczycą rozpychającą się łokciami pod koszem. Gosia Flis nie ma ze mną lekko.

  1. Kto obecnie jest Twoim trenerem? Nadal jesteś w #fenixteamie?

A. Ł.: Ponad rok temu zmieniłam trenera na Akopa Szostaka i to był strzał w 10. Przyznam, że nie spodziewałam się, że ktoś może tak dobrze zrozumieć mój organizm. Poza kontuzjami miałam też przygody nowotworowe. Jak zbierze się do kupy wszystkie przeciwności z jakimi trzeba się zmierzyć rozpisując mi plany, to myślę, że jest naprawdę garstka ludzi, którzy byliby w stanie ogarnąć mój organizm. Akopowi jestem ogromnie wdzięczna, że to zrobił, rozumie mnie i słucha tego co mówię. Nie jestem łatwym przypadkiem, rzekłabym, że nawet bardzo skomplikowanym. Mam wielki szacunek do jego podejścia, bo podchodzi do zawodniczek jak do człowieka, nie jak do kolejnej maszynki do medali lub nie oszukujmy się, wszyscy wiedza jaki jest rynek trenerów.. - zarobku.

  1. Myślisz ew o zmianie federacji?

A. Ł.: Przyznam, że dość intensywnie już od dłuższego czasu. Ale zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Dzięki!

Przeczytaj także

x
Zapisz się do newslettera